środa, 12 marca 2014

Kawa...ohyda, czyli post bardzo subiektywny.

Nigdy nie lubiłam kawy. Jakiejkolwiek. Czarnej. Zbożowej. Z mlekiem. Bez mleka. Żadnej i nigdy.
Zbożowa kojarzyła mi się od zawsze ze stołówką szkolną i zapachem przypalonego mleka. Fe...
Zapach jej jak zapach ani mnie drażnił, ani
zachwytów nad nim nie wznosiłam. Dlatego od zawsze herbaty
królowały na moim stole. W dzieciństwie czarne lub ziołowe, bo o takich na wagę, z herbaciarni nie było co marzyć ze względu na ich brak w sklepach. Takie to były czasy ;)

Pewnego pięknego dnia byliśmy u szwagra i tenże wymieniony poczęstował mnie kawą...spróbowałam i...przepadłam!!! Prawdziwa, włoska, świeżo mielona, z mlekiem, kardamonem i wanilią. Mmmmm....cud miód.  I co? I dzień bez kawy dniem straconym ha, ha.

Czas na kawę jest dla minie chwilą zatrzymania się w pędzie codzienności. Przyjemnością. Stanem niemyślenia. Celebracji chwili. Rozkoszowaniem się smakiem. Odpoczynku  i delektowania się obecnością z samą sobą.
Taki mały restart...koniecznie rano, koniecznie kiedy dzieci są w szkole i przedszkolu ;)

Ze względu na brak ekspresu w domu raczyłam się rozpuszczalną. Taka parzona, razem z fusami, dalej jakoś mi nie podchodziła. Ale ostatnio nabyłam zmyślne urządzenie, taki ekspres prymitywny, można by rzec - kawiarkę. Teraz jestem uszczęśliwiona!
I mam prośbę do Was, polećcie mi jakąś dobrą kawę.




3 komentarze:

  1. Dzięki! Będę testować ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. ach, jak się raz wpadnie w kawoszowanie, to potem trudno to zmienić :) Taki baaardzo przyjemny nawyk. Spróbuj kawę gotowaną w garnku według 5 przemian z kardamonem, goździkami.... My pozbyliśmy się ekspresu i mamy... garnek :D
    Pozdrawiam! Lidia

    OdpowiedzUsuń

Co o tym myślisz?